Moja Polska

Jolanta Mirecka
I jak tu nie kochać Krakowa!

Kraków. Leniwe, majowe przedpołudnie. Siedzę na ławce pod Wawelem i cieszę się słońcem.

Jest cudnie.

Kasztany kwitną, wieje leciutki wiosenny wiatr, woda w Wiśle opadła i powódź już nam nie grozi. Spasione gołębie niemrawo łażą dookoła ławki, zazdrośnie zerkając na jedzony przez mnie obwarzanek.

Chwilo trwaj.

Od strony Wawelu, w pięknym, krakowskim stroju nadchodzi najprawdziwszy Krakowiak.

Na pierwszy rzut oka widać, że fantazja w nim okrutna. Pawie pióro powiewa na czapce, a w ręku trzyma kwiat. Nie szablę, nie bat - kwiat. Kwiat z kwitnących dookoła kasztanowców. Chodnik troszkę dla niego zbyt wąski, więc "zalicza" krawężniki po obu stronach, ale nic to. Walczy z grawitacją i podśpiewuje pod nosem. Oj, da da!

Cudny ci on, oj cudny.

Z naprzeciwka idzie pan z pieskiem na smyczy. Maleńki York ciągnie w stronę trawnika. Spotykają się dokładnie przed ławką na której siedzę.

Dzień dobry! Oooo! jaki piękny piesek! A gdzie ma kokardkę? - Krakowiak kocha dziś cały świat i małego psinkę Yorka też.

Ożeż ty!!! wykrzykuje na to drugi pan. (może ekolog?) Zerwałeś kwiat z kasztanowca! Połamałeś! Zniszczyłeś! I …. piłeś!

Jaaaa? Nie zerwałem! Podniosłem z ziemi, leżał tam, taki piękny! Nie zerwałem!

Krakowiak zaprzecza, a Ekolog nakręca się coraz bardziej. Biedna, wystraszona psinka ciągnie w stronę trawnika. Spłoszone gołębie odleciały, a ja z zainteresowaniem czekam na - FINAŁ.

Yorkowi udało się w końcu dosięgnąć trawki i załatwić to, po co przyszedł.

Krakowiak bystro popatrzył na Ekologa, wyciągnął palec w stronę psiaka i z rozbrajającym uśmiechem mówi:

Ja kwiatka nie zerwałem, a u ciebie woreczek dla pieska jest????

Domniemany Ekolog zabulgotał okrutnie, po czym położył uszy po sobie i rozpłynął się w powietrzu.

Krakowiak podszedł do mnie i oświadczył - Woreczka u niego nie ma. U nikogo nie ma. A ja nie zerwałem.

I odszedł tanecznym krokiem, a kwiat odszedł razem z nim. Oj, da da!

Mogę zaświadczyć. Nie zerwał. Wprawdzie fantazja u niego okrutna, ale kwiaty były bardzo wysoko. Za wysoko.

A woreczka dla pieska nie było!!! Fakt!

I jak tu nie zachwycić się „Wiosennym Krakowiakiem”? Jak tu nie zachwycać się moim miastem – Krakowem?

 

Siedzę na ławce pod Wawelem. Słońce prześwieca przez wiosenne liście, mrużę oczy i spoglądam na znudzoną wycieczkę dzieciaków, którym przewodnik opowiada, znana im doskonale, legendę o Smoku Wawelskim. Przewodnik jest nijaki, mdły, mówi bez pasji, beznamiętnie, nudnie. A przecież powinien rozbudzać w dzieciakach ciekawość, wrażliwość, powinien mówić tak, aby każde zapamiętało Kraków, Wawel i Smoka. Wkurzam się na tego przewodnika i wyobrażam sobie jak bardzo wkurzył by się Smok Wawelski, gdyby to widział. A może z tym smokiem było zupełnie inaczej? A może było tak?

Wkurzony może być każdy - pomyślał Smok i buchnął ogniem w stronę gawiedzi.

No bo co, kurcze blade, mieli mi przyprowadzić dziewicę!!! D z i e w i c ę! A nie to coś!!!

Blondynkę, z zalotnymi dołeczkami, zwiewną i uroczą, a przyprowadzili mi starą Maciejową. Zrzędliwą i rozwrzeszczaną matkę licznej gromadki dziecisków.

Smok ryknął wściekle, zazgrzytał zębiskami, aż iskry poszły i zaklął szpetnie. Urodą ta stara Maciejowca raczej nie grzeszy i Nobla mógłby dostać ten, kto dopatrzył by się w niej coś pięknego. I jeszcze wmawiali mi, że to skarb prawdziwy i najcenniejszy klejnot w ich okolicy!

Do diabła z takim skarbem. Fuj!!!

No to się wziąłem i wkurzyłem.

Smok łypnął zielonymi ślepiami, buchnął ogniem, strzelił ogonem jak z bicza i zaryczał tak, że pospadały z chałup wszystkie kominy, konie się ochwaciły, krowom zawiązały się ogony na węzły, wyzdychały wszystkie pchły, wszy i inne tałatajstwo, a kury przestały znosić jajka na okrągły rok.

Gawiedź przypadła do ziemi, wtuliła rozczochrane łby w ściernisko i trwała w bezruchu aż do rana.

A Smok szalał i demolował co się dało.

Pomimo, że wkurzony na maksa, to przecież głupi ten Smok nie był.

Złapał starą Maciejową szponami za fraki i odleciał. Leciał tak, leciał, klął, pluł siarką i kalkulował.

No stara, no brzydka, no pyskata, ale przecież potrzebna mi jest tylko i wyłącznie do sprzątania!

Wegetarianinem jestem od pokoleń. Korzonki i nasionka jadam, nie pieczyste. Do ściery babę potrzebuję, a nie do gara.

Gdybym chciał ją zjeść, to na cholerę by mi była jakaś chuderlawa, niedojrzała dziewica. Zamówił bym babę grubą, cycatą, tłustą, wypasioną. Taka chuda między zęba przeleci, nawet smaku w paszczy nie poczujesz, a to całe dziewictwo gorycz w pysku zostawia. Przereklamowane ta błona. Mocno przereklamowana.

A u mnie brudno, że strach. Ostatni raz sprzątane było chyba z 500 lat temu i to po łebkach.

Świat się zmienia, lata lecą, czas rozejrzeć się za jakąś smoczycą. Nie przyprowadzę żony do takiego – ech, szkoda gadać. Trzeba zrobić porządek. A oni dali mi – tu spojrzał z obrzydzeniem na niesioną w szponach zdobycz – to coś.

A z drugiej strony …. może to i lepiej, że nie młódka. Taka zaraz by się we mnie zakochała, jakiegoś focha strzeliła i zamiast ze ścierą latać, okręciła by mnie sobie wokół tego swojego, ślicznego, dziewiczego paluszka i po swobodzie. Z nie jedną dziewicą już miałem do czynienia i zawsze kończyło się tak samo. Umowę musiałem rozwiązać i potem przez tydzień wodę z rzeki pić, żeby tej dziewiczej goryczy z gardzieli się pozbyć, a i tak jakieś pachnidła odbijały mi się czkawką przez kolejnych kilka lat. Ohyda.

Na smoczy szpon! Może to i lepiej, że tym razem trafiła się stara Maciejowa. U niej w chałupie zawsze czysto, a i strawą dobrą z komina pachnie. Może to i lepiej.

A jeśli to naprawdę skarb prawdziwy i najcenniejszy klejnot w okolicy? Może to i dobrze, że na nią trafiło? Może...? Leciał i kombinował jak ten koń, co pod górę wóz ciągnie.

Postawił delikatnie kobiecinę w smoczojamie. Popatrzył zielonymi ślepiami – nie taka znowu zła. Że brzydka? No, powiedzmy średnio ładna. Piękno - rzecz gustu.

Obszedł dookoła, szturchnął pazurem, obwąchał, podrapał się pod pachą.

Podobna trochę do prababki – mruknął. Ten sam wytrzeszcz w kaprawych oczach i identyczny kołtun na głowie. A tu? Tu jest nawet trochę ładna. I nie taka znowu stara. W porównaniu z moimi 3874 latami to prawie młódka.

I tak zamieszkali razem.

Smok z Maciejową.

Zamieszkali w smoczojamie nad Wisłą.

W Krakowie.

Pod Wawelem.

Dzieciska Maciejowej fachu szewskiego się wyuczyły. Smok, jak każda porządna jaszczura, co rok zmieniał skórę. Ciżmy ze smoczej skóry podbiły świat. Brazylia, Włochy i Chiny oszalały na ich punkcie. Każda modnisia chciała mieć co najmniej jedną parę.

A Maciejowa?

Maciejowa wprowadziła modę na dredy, brała parówki siarkowe w smoczym oddechu, robiła piling o smoczą skórę i piękniała z dnia na dzień.

A Smok?

A Smok wkurzał się od czasu do czasu, na zalewające gród tandetne podróby smoczych butów z Brazylii, Włoch i Chin.

Wkurzał się, bo wkurzać może się każdy.

Morał.

Zamiast jak ten Smok, wkurzać się bezrozumnie, pamiętaj wyrabianiu patentów na swoje wynalazki.

Znudzona wycieczka odeszła. Czy zapamiętają coś z nudnego wykładu przewodnika? A może zapamiętali by zabawę w układanie nowych bajek o smoku?

Czy pokochają Kraków?

Siedzę na ławce pod Wawelem. Na ławce obok usiadła starsza para. Ona z troską poprawia mu szalik, on całuje ją w rękę. Są tak naturalni zachowaniu, tak szczęśliwi w swoim towarzystwie, że patrzę na nich zafascynowana.

Siedzę na ławce pod Wawelem. W cieniu królewskiego zamku przechadzają się młodzi ludzie. Szczęśliwi, zakochani, piękni. Spacerują tymi samymi ścieżkami, którymi przed wiekami chodzili ich przodkowie. Kiedyś tak samo spacerować będą ich dzieci, wnuki, prawnuki...

Siedzę na ławce, karmię spasione gołębie, mrużę oczy i patrzę na Wawel. W wiosennym słońcu moje myśli krążą wokół wszystkich ludzi, którzy od tysiąca lat, podobnie jak ja, siedzieli tu, patrzyli na Wawel i na życie, które działo się wokół nich.

I jak tu nie kochać Krakowa???

Krystyna Wolska

To były piękne wakacje 1968 roku nad Balatonem, tym węgierskim „morzem”. Z żalem żegnaliśmy naszą przemiłą gospodynię Ilu i zaopatrzeni w adres jej siostry w Budapeszcie ruszyliśmy w drogę. Zamierzaliśmy tam jeszcze spędzić kilka dni przed wyruszeniem do Polski. Po przejechaniu może dwudziestu kilometrów zobaczyliśmy samochód z polską rejestracją i stojących przy nim ludzi, którzy energicznie wymachiwali rękami w naszym kierunku. Pewnie samochód im się zepsuł - pomyśleliśmy. Gdy zatrzymaliśmy się podbiegł do nas mężczyzna i z przejęciem w głosie oznajmił, że granice są zamknięte gdyż w nocy weszły do Czechosłowacji wojska Paktu Warszawskiego, w tym polskie. Ta wiadomość nami wstrząsnęła i dalsza droga do Budapesztu upłynęła nam na rozważaniu ewentualnych zagrożeń i tego, jak się w tej sytuacji zachować. Po przyjeździe do Budapesztu postanowiliśmy przede wszystkim odwiedzić ambasadę polską aby zasięgnąć wiarogodnych informacji. Przed ambasadą kłębił się tłum Polaków, którzy podobnie jak my spędzali urlop na Węgrzech lub znaleźli się tutaj w drodze „ do” lub „z” innych krajów. Prawie każdy z nich miał bardzo pewne wiadomości co do dalszego rozwoju wypadków. Najczęściej padały słowa o trzeciej wojnie światowej. Po kilku godzinach oczekiwania wyszedł do nas pracownik ambasady, który poinformował nas, że sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie i nic pewnego nie może nam powiedzieć poza tym, że nie obowiązuje limit przy wymianie złotych na forinty, a jeśli ktoś nie ma złotówek może uzyskać zapomogę z ambasady. Oczywiście większość okupujących budynek ambasady ich nie miała. My na szczęście mieliśmy, więc pojechaliśmy do siostry Ilu Margit, gdzie zjedliśmy kolację, zostawiliśmy syna oraz synów naszej znajomej pod jej opieką, a sami wyruszyliśmy do miasta w celu zasięgnięcia języka, tym razem przed ambasadę czechosłowacką. Zdumiał nas panujący tam spokój i nieliczne grupy ludzi zatroskanych o los swoich bliskich pozostawionych w kraju. Nie dowiedzieliśmy się tam niczego, czego nie wiedzielibyśmy dotąd. Po powrocie do naszego budapesztańskiego mieszkania włączyliśmy radio i szukali wiadomości wędrując po różnych radiostacjach. W końcu trafiliśmy na wstrząsającą relację pracowników praskiego radia z tego, co działo się na ich terenie. W pewnym momencie nastąpiła cisza, co oznaczało, że radiostacja znalazła się w rękach okupantów. I tak zastał nas świt 21 sierpnia 1968 roku.

 Po pełnym obaw i niepokojów tygodniu została otwarta granica ze Związkiem Radzieckim i uruchomione połączenie kolejowe z Polską. Nasza znajoma wraz z dwoma synami postanowiła jechać, więc odprowadziliśmy ich na dworzec, gdzie rozgrywały się dantejskie sceny. Gdy tylko pociąg został podstawiony tłum ruszył w jego kierunku z okrzykami, wśród których wyróżniał się język niemiecki. Trudno było uwolnić się od niedobrych skojarzeń.

W następnym tygodniu została otwarta granica ze Słowacją w związku z czym ruszyliśmy i my w drogę do kraju. Widok dróg zoranych przez gąsienice czołgów stojących na poboczach, powywracanych i zdemolowanych znaków drogowych i nienawistne spojrzenia ludzi, których mijaliśmy po drodze sprawił, że drogę do granicy przejechaliśmy w dużym napięciu i obawie przed jakąkolwiek awarią, techniczną lub fizjologiczną, która zmusiłaby nas do opuszczenia samochodu. Kilka razy poleciały bowiem w naszym kierunku kamienie, które na szczęście nie wyrządziły nam większej szkody poza wgnieceniami w karoserii samochodu. W końcu pojawiła się granica polska a na niej autobusy oraz samochody osobowe z powybijanymi szybami, świadczące o aktach agresji ze strony Czechów jak i Słowaków.

 Przy wysiadaniu z samochodu nogi się ugięły pode mną a w oczach pojawiły się łzy. W drodze do domu zastanawiałam się nad tym, czy były to tylko łzy radości ze szczęśliwego powrotu, czy może jeszcze coś? Przejaw miłości do ojczyzny? Dlaczego myślę o niej tylko w chwilach zagrożenia? Przecież życie w Polsce w owym czasie było dalekie od ideału prawdziwej ojczyzny. Kraju, w którym każdy Polak czułby, że jest u siebie. Jedyną pociechą w trudnych chwilach było to, że inni w tym obozie mają gorzej. Tylko czy to jest pociecha?

Kolejne lata już do spokojnych nie należały. Brutalne stłumienie Praskiej Wiosny spowodowało, że stopniowo narastał opór przeciw sowieckiemu reżimowi a w drugiej połowie 1980 roku Polskę ogarniała coraz większa fala protestów i strajków.

Gdy moje życie osobiste również znalazło się na zakręcie, skorzystałam z zaproszenia znajomych z Bazylei i wyjechałam we wrześniu zatrzymując się na kilka dni w Wiedniu. Nie było to łatwe, bo aby otrzymać wizę szwajcarską musiałam użyć fortelu tłumacząc, że zły stan mojego zdrowia wymaga leczenia w Szwajcarii. Miejscem spotkań Polaków w Wiedniu był kościół na Rennwegu, gdzie w niedzielę zjeżdżali się tam rodacy, pracujący na „czarno”, aby się modlić i załatwiać interesy. To, co tam zobaczyłam napawało mnie wstydem. Austriacy przejeżdżając obok kościoła zwalniali, opuszczali szyby w samochodach i palcami pokazywali dzieciom Polaków. Dla nich stanowiło to atrakcję porównywalną, być może, z odwiedzinami w ZOO. Od koleżanki mieszkającej w Wiedniu i pełniącej funkcję tłumacza na policji usłyszałam historie świadczące bardzo źle o Polakach, którzy w owym czasie mieli gorszą opinię od tzw. Jugoli.

Po kilku dniach wsiadłam do pociągu jadącego z Wiednia do Bazylei i znalazłam się w zupełnie innym świecie. W tym świecie, gdzie w wolności i dostatku spędziłam miesiąc wśród osób stanowiących polską emigrację powojenną. Przyjrzałam się ich życiu, pozornie pozbawionemu stresu i zaczęłam tęsknić za krajem, w którym zdobycie kostki masła było wyczynem na miarę zdobycia Mount Everestu. Doszłam do wniosku, że jest we mnie jeszcze to coś, nie do końca nazwane, co każe mi wrócić do mojej polskiej biedy, bo tam dzieje się coś, co budzi nadzieję na lepszą, własnymi rękami wypracowaną przyszłość.

Teraz, gdy już od 25 lat żyję w wolnej Polsce, jestem zadowolona ze swojej decyzji o powrocie. Jestem u siebie.

 

Izabella Bociańska
Małe ojczyzny

Moja Polska to małe ojczyzny. Mikrokosmosy emocji, zdarzeń, zapachów, kolorów, odcieni. Takich miejsc noszę w sobie wiele.

Są też ojczyzny niechciane, związane z traumami. Te schowałam głęboko, aby nie bolały i nie wywoływały złych uczuć.

W tych dobrych toczyło się moje dzieciństwo u boku opiekuńczych, kochających rodziców, których już ze mną nie ma.

Dzieciństwo ciekawe bo rozpięte pomiędzy dwoma krańcowo różnymi światami.

Urodzona w Warszawie, tam spędziłam pierwsze lata życia, po czym rodzice osiedli w małym miasteczku nieopodal Śląska. Wciąż wracałam z mamą do stolicy pachnącej luksusem. Dziecięce zmysły zapamiętały konglomerat palonej kawy, cytrusów, jedyny w swoim rodzaju luksusowy zapach salonów „Pewexu” a wszystko to wymieszane z wonią kurzu i spalin wielkiej metropolii.

W stolicy pokochałam wycieczki do Teatru Narodowego, opery, muzeów, galerii. Tam, w wieku 5 lat wciśnięta ze strachu w fotel, obejrzałam i wysłuchałam operę „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki. W Muzeum Narodowym poznałam zabalsamowane mumie egipskie.

Dziecięca wyobraźnia rozbudzona tymi doświadczeniami ukształtowała mnie na całe dorosłe życie.

Były też inne doznania. Opowieści mamy o Powstaniu Warszawskim, przeżytym obozie w Pruszkowie. Jako mała dziewczynka zwiedziłam z nią więzienie na Pawiaku. Oglądałam ruiny kamienic po bombardowaniu ze śladami pocisków. Opowieści zbyt straszne dla dziecka. Dziś wiem, że miała potrzebę mówienia o swoich przeżyciach z tamtych czasów. Chciała, żebym pamiętała i nosiła w sobie tę pamięć.

Po takich pobytach wracałyśmy do małego miasteczka, gdzie byłam dziwolągiem, odmieńcem. Choć bardzo pragnęłam przyjaźni tamtejszych dzieci, traktowały mnie zawsze z rezerwą. Byłam dla nich inna. To bolało.

Miasto dzieciństwa i młodości kocham do dziś. Średniowieczny kościół na wzgórzu ze starym cmentarzem, na którym jesienią zbierałam kasztany. Zimą, oszalała ze szczęścia pędziłam na sankach z kościelnej góry.

Tam każdy kamień i drzewo coś znaczą, tam pozostali na zawsze rodzice.

Wakacje co roku w innym miejscu. Spacery wzdłuż morza o zachodzie słońca, podczas których wpatrywałam się w linię horyzontu i marzyłam, marzyłam... Nagrzany słońcem piasek na plaży przesypywałam przez palce.

Krzyk kormoranów nad jeziorami mazurskimi i monumentalne szczyty Tatr, latem pokryte śniegiem.

W dorosłym już życiu zaproszona przez znajomych do Szwajcarii, miałam szansę pozostać tam. Piękny, bogaty kraj, gdzie wszystko ma sens matematycznej dokładności, jakby perfekcyjnie uczesany.

Odwiedzam Muzeum Polskie w Rapperswilu. Nagromadzenie pamiątek patriotycznych: obrazy z okresu powstań narodowych, mundur generała Andersa, sala pamięci Jana Nowaka-Jeziorańskiego, fotel z gabinetu Marii Skłodowskiej-Curie; przysiadam w nim, czuję się dumna, że jestem Polką. Dopada mnie tęsknota, niemożliwość życia na obczyźnie. Wracam.

Po latach wyjeżdża do Niemiec moja córka, ukochana jedynaczka, zmuszona koniecznością życiową. Mieszka tam kilka lat. Jestem smutna, tęsknię. Dni są szaro- szare, bywa, że szaro-czarne i wtedy najtrudniej nadać im sens.

Po jakimś czasie zaczynają przychodzić doniesienia. „Mamo - tu nawet las pachnie inaczej. Tęsknię za noworocznym indykiem z konfiturą żurawinową” - (to specyfik wytwarzany i podawany przez nestorkę rodziny).

Moje dni nabierają kolorów. Już wiem...

Dziękuję Polsko, że jesteś jednocześnie ukochanym krajem mojej córki. Wróciła. Mam ją blisko. Nie wyobrażam sobie inaczej.

To wszystko układa się w mozaikę wspomnień. Bardzo intymną, polską, moją.

Krzysztof Bogucki
Iwonka

            Wszedłem do Jamy Michalika i idąc przez kolejne sale szukałem wzrokiem znajomych. W pewnym momencie mój wzrok padł na siedzącą samotnie, elegancko ubraną kobietę. Znajoma twarz – usiłowałem przypomnieć sobie kim jest ta 35 – 40 letnia, nieco zbyt mocno umalowana dama. Nasze spojrzenia spotkały się i zobaczyłem charakterystyczny smutny uśmiech – wtedy poznałem ją – Iwonka.

 

            15 lat temu szedłem po ulicy Szpitalnej. Przede mną, w tym samym kierunku szła dziewczyna. Z opuszczoną głową stąpała drobnym, powolnym krokiem. Pomyślałem, że ma wspaniałe nogi – była w mini, na wysokich szpilkach. Poczułem mocny zapach „Allure”, zrównałem się z nią, spojrzeliśmy na siebie.

            - Dzień dobry, panie profesorze.

            Dopiero wtedy poznałem ją – Iwonka z II d, moja uczennica z liceum. Pod grubą warstwą makijażu patrzyły na mnie duże, bardzo piękne, brązowe oczy. Uśmiechnęła się smutno i i te pół dziecinne a pół kobiece oczy przybrały dziwny, proszący wyraz.

            - Dzień dobry. Dokąd to?

            - Przed siebie, gdzie nogi poniosą...

            - Idziesz tak bez celu?

            - Z celem. Mam nadzieję, że mnie ktos poderwie.

            -Wiesz, jesterś tak ubrana, że raczej przyciągniesz mężczyzn, niż swoich rówieśników.

            - Właśnie o to mi chodzi.

            Milczałem zaskoczony. Popatrzyła na mnie smutno.

            - Chcę przyciągnąć mężczyznę, nie chłopca. Mężczyznę, który weźmie mnie na noc do siebie, wszystko jedno, jakiego, tylko jeden warunek musi spełniać – musi mieć „chatę”.

            Przez chwilę brakło mi słów.

            - Jesteś prostytutką?

            - Nie. Prostytutka robi to za pieniądze a ja – wręcz przeciwnie, mogę nawet jemu zapłacić

            - Co ty mówisz, dziecko, o czym my rozmawiamy, masz 16 lat i mówisz to tak spokojnie, jakby nie było do swojego nauczyciela.

            _ Wyjaśnię to panu – możemy wstąpić gdzieś na kawę?

 

            Po chwili siedzieliśmy już w cafe barze Rio, pomyślałem, że najłatwiej mógłbym wytłumaczyć obecność w barze z moją uczennicą – po prostu spotkaliśmy się przypadkiem.

            - Dziwi się pan, dlaczego to robię, no cóż, muszę zacząć od początku. 10 lat temu, miałam wtedy 6 lat, ojciec zdecydował się na wyjazd do Stanów. Miał wrócić za rok. Nie wrócił. Pisał, że pracuje, dobre zarabia, dzwonił co drugi dzień, przysyłał setki dolarów, mama, jako księgowa zarabiała wtedy 30 dolarów miesięcznie po czarnorynkowym kursie. Kiedy miałam 8 lat na Pierwszą Komunię świętą dostałam komputer, jeden z pierwszych PC-tów w Krakowie, miałam najpiękniejszą sukienkę i byłam jedyną dziewczynką bez ojca czy innego wujka. Po dalszym roku mama dostała list, że ojciec nie wraca, że ma inną kobietę, że chce rozwodu i że będzie przesyłać pieniądze itp. Mama płakała całymi nocami, tuliła mnie i pamiętam jej mokrą koszulę. Piątą i szóstą klasę byliśmy w trójkę: mama, babcia – mama ojca – i ja. Cztery lata temu mama poznała pana Jarka, rok późnie oświadczyła, że jedzie do pracy do Wiednia, na pół roku – i jest tam do dziś. Wyszła za mąż, nie jestem jej już potrzebna. Nie mam rodzeństwa, zostałam z babcią, na pół głuchą, 79 lat. Od wyjazdu mamy nie mam kontaktu z babcią, ona nie słyszy, co ja mówię ani nie słucha, to już nie różnica pokolenia, to różnica dwu pokoleń! A ja jestem sama, tak okropnie sama, jak nie potrafi pan sobie wyobrazić! I ojciec i mama przysyłają pieniądze, choć dziś to już nie ta wartość, mam perfumy, stroje i pieniądze na samochód ale nie mam do kogo ust otworzyć, sama wybrałam liceum, dostałam się i skończyłam pierwszą klasę – jeszcze walczyłam ale mam dość, coraz więcej piję, coraz częściej myślę o samobójstwie. Szukam towarzystwa, serca, kogoś, kto mnie przytuli, choćby jeden raz, tej nocy...

            Nie umiałem dać jej mądrej rady. Rozstaliśmy się po zdawkowych pocieszeniach z mojej strony a ona nie pokazała się więcej w szkole, nawet nie zabrała dokumentów.

 

            Dziś siedzieliśmy znów razem. Ptrzyłem na nią, na tę bardzo atrakcyjną kobietę o wyglądzie czterdziestolatki, naprawdę 31 letnią.

            - Przestałaś chodzić do szkoły. Co było dalej?

            - Ot, zwykłe życie – kawiarnie, alkohol, mężczyźni. Później spotkałam Roberta, 15 lat starszego. Namówił mnie na ślub, na szczęście cywilny. Zebrałam się w sobie, zdałam maturę w wieczorówce. Byliśmy razem 7 lat, wyjechał do Kanady i tyle go widziałam. Trzy lata temu dostałam rozwód, dzieci nie mieliśmy. Znów jestem sama, może mądrzejsza o jedną prawdę: małżeństwo i wyjazd jednego z małżonków wykluczają się. Co dalej – nie wiem, powiem panu, jak się znów spotkamy za 15 lat.

Urszula Jaksik
Stół

- Komu jeszcze drinka?

- Ja poproszę, ale bez limonki za to więcej lodu – Anna podała swoją szklankę.

- Mówiłem juniorowi, żeby się nie wygłupiał, po co będzie wracał do Polski? My dzięki bogu jesteśmy zdrowi, mamy jakie takie emerytury, dajemy sobie radę. Po cholery ma się pchać do tej biedy?

- Andrzej, o jakiej biedzie ty mówisz, popatrz jakie smakołyki są na stole - próbowała zażartować Irena.

- Daj spokój – oburzył się Andrzej. – Przemysł zniszczony, stocznie zrujnowane, kopalnie zamknięte, ziemia sprzedana – wyliczał odginając kolejne palce.

- Tak, tak – poparła Ania męża. – Młodzi wyjeżdżają, dzieci się nie rodzą, a starzy umierają.

- No, przecież starzy zawsze umierali – wtrącił się Roman podając Annie zamówionego drinka. - Lekarstwa na starość póki co nikt jeszcze nie wymyślił.

- A widziałeś kolejki do specjalistów, terminy na badania, a na operacje?

- O nie, przypominam o naszej umowie: żadnych rozmów o polityce i chorobach – zaprotestowała Irena - bo skończy się jak zwykle, kłótnią.

- Masz rację kochanie – Roman pogładził żonę po ramieniu – proponuję temat uniwersalny - sport.

- No tak, wiedziałam! – oburzyła się Anna. Może od razu włączycie sobie telewizor i usiądziecie w fotelach?

Dyskusję przerwał dzwonek do drzwi. Wszyscy zamilkli.

- Spodziewacie się jeszcze kogoś? – zapytał Andrzej.

- Tak! Nie! – odpowiedzieli jednocześnie Irena i Roman.

- To miała być niespodzianka, obiecałam, że wam nie powiem – wyjaśniła Irena.

Kolejny dzwonek do drzwi postawił wszystkich na nogi.

- Kto to jest? – dopytywał Roman. – Przede mną też masz tajemnice?

- Zaraz sami zobaczycie – powiedziała Irena i ruszyła do przedpokoju. Podążyli za nią zaintrygowani.

Za drzwiami stała Jolka. Ta Jolka! Największa skandalistka w klasie, ba w szkole. Niepokorna, pewna siebie, królowa dyskotek. Poznali ją od razu, chociaż zmieniła się tak bardzo. Pewno dlatego, że ona od zawsze lubiła zmiany, lubiła szokować strojem, fryzurami, makijażem.

Stało przed nimi kolejne wcielenie Jolki. Ubrana była w długą spódnicę, sandałki i bluzkę z długimi rękawami. Wokół szyi zwinięty szal czy chusta.

- Mogę wejść czy mam sobie pójść? – zapytała swoim „Jolkowym” głosem.

- Oczywiście, zapraszamy – ocknęli się z zaskoczenia i przytuleniom, buziakom nie było końca. Wreszcie usiedli przy dużym, okrągłym, dębowym stole, ukochanym meblu Ireny. Dostali go w prezencie ślubnym od kolegów i koleżanek z klasy. Przez kilka lat stał nierozpakowany w garażu znajomych zanim młodzi dorobili się własnego mieszkania. Irena zawsze twierdziła, że w porządnym domu musi być porządny stół.

- Czy to ten stół? – zapytała Jolka.

- Oczywiście, pamiętasz go? Tyle lat minęło. Oj, gdyby on potrafił mówić – uśmiechnęła się Irena - Całe życie z nami spędził, nasłuchał się, naoglądał…

- Jacy wy szczęśliwi jesteście – Jolka pogładziła z czułością nogę stołu, a gdy podniosła głowę zobaczyli, że oczy błyszczą jej ze wzruszenia.

- Co tam stół – Andrzej machnął lekceważąco dłonią - opowiadaj, co się z tobą działo przez te wszystkie lata. Takie niesamowite pogłoski krążyły, że trudno było w nie uwierzyć.

- Dużo trzeba by mówić… za dużo – westchnęła. - Przecież minęło prawie trzydzieści lat…

- No tak, masz rację. To całe nasze dorosłe życie – przyznał jej rację Roman.

- Ale powiedz chociaż, gdzie ty właściwie mieszkasz? Wyszłaś za mąż, masz dzieci, wnuki? – dopytywała Anna.

Roman postawił przed Jolką kieliszek koniaku. Zawahała się, ale w końcu sięgnęła i zacisnęła dłoń na kieliszku. Przy stole zapanowała wyczekująca cisza. Nagle Jolka przyłożyła kieliszek do ust i wypiła całą zawartość. Głośno wypuściła powietrze. Popatrzyła po twarzach osób zebranych przy stole i powiedziała:

- Dobrze, opowiem. Nie wiem jaką mam podjąć decyzję, potrzebuję waszej rady, wsparcia. Dlatego poprosiłam Irenę o zorganizowanie tego spotkania.

- Zaraz po maturze pojechałam do Londynu. Znajomi zabrali mnie do swojego samochodu w zamian za zabawianie ich dziecka w czasie podróży. Myślałam, że szybko się dorobię i wrócę. Wiecie, że u nas z forsą było cienko, ojczym przepijał wszystko, co zarobił.

Kiwnęli głowami, ten fragment jej życia znali dobrze, czasami nocowała u któreś z nich, bo ojczym nie tylko pił ale i bił. To, że dotarła aż do liceum i zdała bez problemu maturę było wielkim osiągnięciem.

- Zaczynałam jak wszyscy od zmywaka, przyjechałam w złym momencie, w wakacje. Chętnych do pracy było bardzo wielu, o wiele więcej niż miejsc pracy. Za to po wakacjach było jeszcze gorzej, bo Polska nie była jeszcze w Unii i nie miałam pozwolenia na pracę. Wiedziałam, że do domu nie mam po co wracać więc robiłam, co tylko się dało by przetrwać. Kiedyś znalazłam portfel, pieniędzy w nim za wiele nie było, ale była karta biblioteczna. Poszłam tam by ją oddać, ale w tym dniu padał deszcz i było bardzo zimno, a ja mogłam wrócić na nocleg dopiero po dwudziestej drugiej, bo mieszkałam na dziko. Okazało się, że znaleziona karta uprawniała do korzystania z wypożyczalni i czytelni. Siedziałam sobie w fotelu, czytałam gazety, ciepło, czysto. Każdą wolną chwilę tam spędzałam - Jola przerwała na moment i jeszcze raz pogładziła gładką nogę stołu. W tej bibliotece poznałam studenta z Jemenu. Uwierzcie mi, to była wielka miłość, taka z książkowych romansów. Nazywał się Szaif Mohamed Masur.

- Jezu, islamista, nie bałaś się go? – wyrwało się Annie.

- Nie, bo niewiele wiedziałam, to było trzydzieści lat temu. A poza tym każdej kobiecie na świecie życzę takiego faceta, dobrego, wrażliwego, czułego. Od razu poczułam się bezpieczna, opiekował się mną, dbał o moje potrzeby. Sami wiecie, jak bardzo tego zawsze potrzebowałam.

- No tak – potwierdziła Irena – wylądowałaś w tym Londynie zupełnie sama.

- I co dalej? – popędzała zniecierpliwiona Anna.

- No wiesz, zbliżało się lato, Szaif kończył studia i miał wrócić do Jemenu, tylko, że ja już nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Na szczęście on też. Okazało się, że największą przeszkodą do szczęścia była religia. Jego ojciec dałby się przekonać, gdybym była muzułmanką.

- I zrobiłaś to – Irena bardziej stwierdzała niż pytała.

- Tak i nie miałam z tym problemu. Mój ojczym co niedzielę latał na msze i jakim był człowiekiem? Ksiądz dawał mu rozgrzeszenie i dalej z czystym sumieniem robił to, co chciał. Wzięliśmy ślub, cichy, skromny i we wrześniu wyjechaliśmy do Shibam. To jest takie niesamowite miejsce, tak inne od wszystkiego, co znałam do tej pory. Byłam w szoku, ale wielka miłość do Szaifa pomogła mi w tych pierwszych najtrudniejszych latach.

- Jak w baśni z Tysiąca i jednej nocy – westchnęła rozmarzona Anna.

- Niekoniecznie Aniu, wielu z was, uznałoby, że siedziałam zamknięta jak w więzieniu przez trzydzieści lat. Shibam to miasto na pustyni, las wieżowców 8-10 piętrowych zbudowanych z gliny otoczonych gajami oliwnymi. Najwyższe piętro zajmują kobiety. Z mężem widywałam się tylko w nocy i to też krótko. Rok po naszym przyjeździe Szaif miał już drugą żonę, a w trzy lata później trzecią.

- Biedactwo, jak ty to znosiłaś? – Irena przytuliła się do Jolki.

- No cóż, kochana byłam już matką, urodziłam dwie córki i znowu byłam w ciąży. Ale dwie pozostałe żony też spodziewały się dzieci więc nie byłam już zwolniona z ciężkich robót i poroniłam. To były trudne chwile, bardzo chorowałam i więcej dzieci już nie urodziłam. Dzieci w Jemenie to powód do dumy, przeciętna kobieta rodzi sześcioro, a często nawet dwanaścioro. Ilość dzieci decyduje o hierarchii w rodzinie. Ja po kilku latach przestałam się liczyć. Długo trzeba by opowiadać, ale teraz szukam u was rady. Moje córki są dorosłe, wyszły za mąż i zgodnie z tradycją przeniosły się do domu męża. Szaif zmarł na serce, jego dom przejął najmłodszy brat. Przyjechałam do Polski na pogrzeb mamy, pozwolili mi bo niewiele znaczę w rodzinie Masur, ale mam tam zapewnioną opiekę do śmierci. Tylko nie wiem gdzie jest mój dom? – Jola pogładziła z czułością blat stołu. – Wiecie, że przez trzydzieści lat nie siedziałam przy stole? – łzy płynęły jej po policzkach.

Zaległa cisza. Problem przerósł wszystkich.

Komentarze

I've been using Independent Crypto Research and Airdrop Tracking Site to monitor project launches and community growth.https://caddrops.com/

One resource worth checking is Web3 Market Intelligence and Token Discovery Platform, which follows new listings and ecosystem developments. https://crdrp.com/

For broader market coverage, Cryptocurrency Insights and Token Analytics Resource regularly publishes data-driven reports.https://drophodl.com/

DramaWave Latest brings the newest short dramas, improved streaming performance, fresh episode updates, HD video quality, personalized recommendations, and a smooth viewing experience, keeping you entertained with trending content anytime and anywhere. https://dramawave.net/

The speed of the current crypto market is unmatched, with new ecosystems popping up and launching tokens constantly. This page is an incredible resource for anyone trying to monitor fresh coin launches and project announcements across Ethereum and Solana. Your weekly breakdown helps categorize these rapid developments so we can understand the macro narratives driving the space. Excellent overview, and I cannot wait to read the next weekly update!
https://cdropbot.com/

I found that Emerging Token Research Portal offers useful data on tokenomics, liquidity conditions, and ecosystem growth.
https://adBotFi.com/

Developers and investors can explore Early-Stage Crypto Project Research Center for ecosystem and governance analysis.
https://drphunter.com/

https://cdropfi.com/
Traders looking for new narratives may find Digital Asset Market Trends and New Coin Research useful for tracking sector rotation.

Crypto Token Research and Market Intelligence Platform tracks emerging projects, token launches, and capital flow trends across major blockchain ecosystems.

Last Day on Earth Survival Mod APK is an unofficial modified version of the popular zombie survival game that may include altered gameplay or unlocked features. Be aware that modded APKs can pose security risks and may violate the game's terms. For the safest experience, use the official version from a trusted app store. https://lastdayonearthmodapks.com/

Strony

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
6 + 6 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.