Moja Polska

Legenda „Kamień Wawelski”

„On szczególny wśród kamieni

i co złe na dobre zmieni”

 

„Może to z kamienia woli?

Bolał ząb i już nie boli”

 

„Pan ten był społecznie na dnie,

dotknął kamień – już nie kradnie!”

 

 Czy to możliwe, żeby istniał taki kamień i takie cuda czynił?

Pewnie, że możliwe zwłaszcza w legendzie i w Krakowie.

Aby wyjaśnić i zrozumieć, że jest pod Wawelem taki kamień trzeba się cofnąć głęboko w czasie w przeszłość.

 

Zdarzyło się to dawno, dawno, co najmniej osiemset lat temu. Wtedy nawet jeszcze nie było Krakowa. A w ogóle ten gród mógł być założony w zupełnie innym miejscu. Miała tego dokonać grupa ludzi aktywnych, kreatywnych, owładniętych chęcią i potrzebą wybrania przyszłej stolicy Polski. Sami nazwali się Ojcami Założycielami. Przewodniczył im najstarszy i najmądrzejszy, zwany Krakiem. Długo rozglądali się za najlepszym miejscem, zwiedzali różne okolice, ale ciągle nie mogli podjąć decyzji. Zaczęli już nawet wątpić czy znajdą to, czego szukają.

Ale wreszcie któregoś ranka, zerwał się ów Krak na równe nogi i wykrzyknął: „Miałem sen! Słyszałem głos, który nakazał mi założyć miasto tam, gdzie z białego kamienia wypływa woda!” No i od tego snu wszystko stało się jasne i proste. Trzeba tylko odnaleźć biały kamień. Skoro ma z niego wypływać woda, to znak, że chodzi o jakieś źródło, lub początek rzeki.

Zaczęli więc Ojcowie Założyciele sprawdzać takie miejsca, zwłaszcza jedną z dużych rzek i dotarli aż pod samą Baranią Górę. Tam znaleźli to miejsce i biały kamień ze snu Kraka. Z samego środka kamienia wypływała krystalicznie czysta, zimna woda.
„Tu założymy miasto oznajmił Krak.”

Zabrali się do pracy ochoczo do roboty. W ruch poszły kilofy i łopaty. Szło im całkiem nieźle, do czasu gdy zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Podczas prac widać naruszyli kamień, który najpierw się osunął a potem całkiem odpadł od góry. Odsłonił też olbrzymi otwór, z którego runęła wielka woda. Porwała ona ze sobą nie tylko tak długo poszukiwany kamień ale i sprzęt do budowy miasta. Sami budowniczowie ledwo uszli z życiem.

Co robić? Nie ma kamienia. Jak i gdzie go teraz szukać?

Potrzeba matką wynalazków. Wycięli długie leszczynowe kije i obmacując nimi dokładnie dno, już wtedy coraz większej rzeki, posuwali się w dół z jej biegiem. Sondowali każdy metr koryta, stukali, pukali ale po kamieniu ani śladu.

Tak minęła cała jesień. Gdy rzekę skuł lód, odłożyli poszukiwania na następny rok. Z wiosną ruszyli ponownie na poszukiwania. Tym razem los im sprzyjał bo przez kilka miesięcy nie spadła ani kropla deszczu. Stan wody był tak niski, że często ich tratwa, którą podróżowali osiadała na mieliznach. Z wielkim trudem, ale jakoś dotarli wreszcie w okolice wzgórza, dziś zwanego Wzgórzem Wawelskim. Gdy już byli całkiem blisko zauważyli na środku rzeki dziwny ale jakże znajomy biały obiekt. Nadzieja! Czyżby to miał być ten, tak długo poszukiwany kamień? Tak, to był on!

Choć tym razem woda z kamienia ledwo się sączyła, wyznaczył on miejsce na założenie miasta.

Najpierw musieli wyciągnąć z rzeki biały, duży i ciężki kamień. Choć woda w rzece (teraz nazywa się Wisła) była mała, to i tak nie było łatwo. Ale dali radę. Przez otwór w środku przewlekli grubą linę, do której zaprzęgli dwa tuziny wołów i kamień znalazł się na brzegu. Teraz już mogli spokojnie założyć miasto.

Napisali specjalny akt erekcyjny i sklecili na brzegu kilka domków. Powstałą osadę nazwali od imienia owego Ojca Założyciela - Kraków.

Przy kamieniu cumowały barki z materiałami budowlanymi, lub barki, którymi spławiano do Gdańska sól z Wieliczki.

Z małej początkowo osady powstała większa, z większej małe miasto a z niego duże, a z dużego stolica Polski.

Kamień był bardzo przydatny jako przeciwwaga przy budowie zamku na Wawelu. Przy jego pomocy (kamienia) wyciągano na górę nawet Dzwon Zygmunta. Kamień Wawelski, bo już tak go zaczęto zwać, służył miastu długo,ale jak to często bywa z kamieniami z czasem zagłębił się w ziemi i pogrążył w mrokach dziejów.

Wydawało się, że na zawsze. Tak się tylko wydawało, że to już koniec legendy.

Nie! To dopiero jej połowa.

Kilka lat temu Kamień Wawelski został ponownie odkryty podczas budowy Centrum Informacji Turystycznej przy ul. Powiśle. Znowu historia zatoczyła koło. Podobnie jak przed wiekami, jeden z budowniczych Centrum, uczestniczący w odkopywaniu kamienia miał senne widzenie i przesłanie: „jeśli kiedykolwiek woda na nowo zacznie wypływać z kamienia, będzie to niechybny znak, że zbliża się koniec świata” - usłyszał. Jak temu zapobiec zapytał, ale odpowiedzi już nie dosłyszał bo obudził go budzik nastawiony na godzinę siódmą.

Dopiero na trzecią noc od tego zdarzenia tajemniczy głos powiedział mu, żeby umieścił kamień tak wysoko, gdzie nie dosięgnie go woda. Ten budowniczy nazywał się inżynier Kostka i jeszcze się we śnie dowiedział, że kamień trzeba chronić, opiekować się nim troskliwie, bo on (kamień) jest magiczny i spełnia życzenia.

I tak zrobił inżynier Kostka. Umieścił Kamień Wawelski tak wysoko, że nie dosięgnie go woda z Wisły, choćby największa była. Ludzie przybywają do kamienia z dalekich i bliskich stron. Dotykają go i głaszczą, czerpią z niego dobrą energię. Wypowiadają przy nim życzenia, intencje, a nawet wrzucają do środka kartki z prośbami. Cierpliwy kamień wszystkie je przyjmuje i wcześniej czy później spełnia.

Sam kamień „wie i dba” o to, żeby z niego nigdy nie wypłynęła woda. Gdyby tak się kiedyś stało, mógłby rychło nadejść koniec świata, koniec Krakowa i może nawet koniec Willi Decjusza. Byłaby to wielka szkoda.

Ot i cała tajemnica i legenda o Kamieniu Wawelskim!

„Co za moc jest w tym Kamieniu, że pomaga on każdemu?”

Komentarze

A na przekór powiedzeniu
Stoi kamień na kamieniu

Wzruszająca historia i jakże prawdziwa. Zastanawia mnie tylko jak Pan Inżynier Krak i jego budowlana ekipa mogli nie zauważyć pod drodze (obmacując kijaszkami dno Wisły) równie dogodnego miejsca na budowę stolicy Polski co Wzgórze Wawelskie? Jakże mogli nie zauważyć przeuroczego, wzniosłego, dumnego i równie prastarego S a n d o m i e r z a ?
Zresztą może to i lepiej, bo Sandomierz naszpikowany wieżowcami, biurowcami, centrami usługowo-handlowymi i liniami metra - nie byłby już Sandomierzem.
No tak, ale Sandomierz to już zupełnie inna bajka...

Wielce Szanowny Panie Michale!
Pozdrawia Pana turysta (z osobą towarzyszącą), co to "nie był w Krakowie przez ćwierć wieku, a na Kopcu Kościuszki to jeszcze nigdy". Nie zapomnę Pańskiej miny, gdy to powiedziałem: Pana bezgranicznego zdumienia i nawet pewnego oburzenia: jak to można przez 62 lata życia nie być nigdy na Kopcu Kościuszki? No ale wreszcie naprawiłem ten błąd - m.in. dzięki Pańskim wskazówkom i poradom. Zaiste, warto było tam wejść.

Z poważaniem -

Kazimierz Grycner (Edward Krupiński to mój grafomański pseudonim)
em: kazi19555@prokonto.pl
http://edi30.blog.onet.pl/

PS. Kamyki (nawet dość spore) na wskazanym przez Pana kopczyku umieściliśmy.