Wspomnienie z 1949 roku

Balet był w poniemieckiej kamienicy naprzeciwko Opery. Ulica nazywała się wtedy tak jak przed wojną: Świdnicka (po niemiecku Schweinitz Strasse). Była zima. Początek zajęć, o czwartej po południu, wypadał w nocy. Po dwóch godzinach wracałam z mamą do domu. Szłyśmy do Rynku na przystanek „16-tki”.

Stałyśmy patrząc na Ratusz z czarnymi płaskorzeźbami, który przetrwał bombardowanie wiosną 1945 roku. Za plecami była kawiarnia „Europejska”. Tupałam nogami dla rozgrzewki, bo mróz wchodził w kości. Od czasu do czasu drzwi kawiarni otwierały się, żeby wpuścić wchodzących albo wypuścić wychodzących. Owiewał nas ciepły powiew z wnętrza, przepojony intensywnym zapachem kawy. Powiew luksusu. W domu nie parzyło się prawdziwej kawy. W przedwojennej puszce po kakao Sucharda kołatało trochę ziaren, którym się przyglądałam i wsadzając nos do środka wciągałam zwietrzałą woń. Nigdy, naprawdę nigdy, kawa w kawiarni ani w domu nie pobudzała mego nosa w taki sposób.

Czekanie dłużyło się, byłam zmęczona staniem. W końcu wsiadałyśmy do poniemieckiego tramwaju z drewnianymi siedzeniami. Oparcia były ruchome, do ustawiania zgodnie z kierunkiem jazdy. Okna pokryte szronem, nawet lodem, nie pozwalały oglądać mijanych miejsc. Dmuchałam na szybę i po chwili znikała warstwa zmarzliny a przez wytopione kółko patrzyłam na mijane gruzy. Łańcuchy górskie gruzów, z których wyrastał ceglany budynek Poczty Głównej. Nazywałyśmy go drapaczem chmur. Przez wiszący most Grunwaldzki wjeżdżało się na duży plac tej samej nazwy, z nawierzchnią w kolorze cegły - niedoszłe lotnisko. Za mostem Szczytnickim wysiadałyśmy przy parku i szłyśmy ul. Kochanowskiego obsadzoną lipami. Przed 1945 rokiem nosiła imię Mikołaja Kopernika. Zanurzałyśmy się w willową dzielnicę Zacisze. Przy pustym ogrodzie skręcałyśmy w lewo w Cieszkowskiego, za nią w prawo i przez Mianowskiego dochodziłyśmy do naszej, Handelsmana, wcześniej Baldurweg. Przeważały przy niej ogrody. Na dwadzieścia numerów było tylko osiem domów.